Itinerer: KronikaRajdow.pl

Monte-Carlo Historique 2019 - relacja Polskich załóg

Aktualności czwartek, 21 lutego 2019 09:50

Trzy z czterech Polskich załóg startujących w 22 Rallye Monte-Carlo Historique 2019 odwiedziły pierwszą dziesiątkę klasyfikacji generalnej. Do końca rajdu nie udało się utrzymać czołowych pozycji, ale i tak tegoroczny start można uznać za bardzo udany. Trójka najlepszych zmieściła się w pierwszej pięćdziesiątce!

W 1998 roku Automobilklub Monako zorganizował pierwszy Rajd Monte-Carlo Historique. W historycznej edycji najtrudniejszego rajdu na regularność, zgodnie z regulaminem mogą startować tylko samochody (marka i model), które brały udział w Rallye Monte-Carlo w latach 1955-1979. Z Polskich samochodów kwalifikuje się Syrena, Polski Fiat 125p (1300/1500 i Monte Carlo 1600) oraz Polonez 2000, który po uzyskaniu przez FIA homologacji Grupy IV wystartował w barwach Walter Wolf Racing w 47. Rallye Automobile de Monte-Carlo 1979.


Od ponad 15 lat Polskie załogi startują w historycznej edycji Rajdu Monte Carlo. Początkowo symboliczne stary honorowe były organizowane pod Grand Hotelem przy ulicy Kruczej w Warszawie. W tym hotelu w latach siedemdziesiątych w przeddzień startu, w środku tygodnia odbywał się Bal Monte Carlo. Warszawa w latach 1959-1979 była oficjalnym punktem startowym. Dzisiaj ciężko w to uwierzyć, ale od Stadionu Dziesięciolecia (obecnie Stadion Narodowy) przez Aleje Jerozolimskie, Marszałkowską aż do Bielan, ludzie spontanicznie tworzyli szpaler wzdłuż jezdni, zatrzymali ruch innych samochodów i poklepując przejeżdżające auta rajdowe życzyli wyjeżdżającym zawodnikom szczęścia.


fot. Jacek Wychowaniec - 40. Rajd Monte Carlo 1971 / Warszawa - Sobiesław Zasada - Polski Fiat 125p 1500

fot. Jacek Wychowaniec - 40. Rajd Monte Carlo 1971 / Warszawa - Sobiesław Zasada - Polski Fiat 125p 1500

 

Po 32 latach stolica Polski ponownie została oficjalnym punktem startowym do Rajdu Monte-Carlo - Historique. Z placu Teatralnego w Warszawie wystartowało najwięcej ze wszystkich miast, bo aż 98 historycznych aut. Organizacja startu w Warszawie, a także punktu tankowania we Wrocławiu zostały bardzo wysoko ocenione przez Automobilklub Monako, który zwrócił się z prośbą do Polskiego Związku Motorowego o podjęcie się tego samego zadania podczas 15. edycji tej wielkiej międzynarodowej imprezy w 2012 roku.


Niestety w następnych latach Warszawa nie była już oficjalnym punktem startowym. W 2013 roku start został zlokalizowany na ulicy Pańskiej, przy dawnej siedzibie Automobilklubu Polski. Kolejne starty z Warszawy miały charakter prywatny i władze Automobilklub nie organizowały oficjalnej imprezy honorowego startu.


Po kilkunastu latach startów Polskich zawodników w historycznym Monte-Carlo, w tegorocznej 22 edycji Rallye Monte-Carlo Historique 2019 zabrakło uczestników z Warszawy, którzy od lat brali udział w tej niezwykłej imprezie. Polskę reprezentowały cztery załogi:


Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

Stanisław Postawka / Andrzej Postawka - Zastava 1100 Specjal

Piotr Cisowski / Natalia Cisowska - Polski Fiat 125p

Ewa Galińska Postawka / Anna Postawka - Polski Fiat 125p

Ogromny i spektakularny sukces w zeszłorocznej 21 edycji Rallye Monte-Carlo Historique 2018 odnieśli Stanisław i Andrzej Postawka, którzy zajęli trzecie miejsce w rajdzie! To pierwsze podium dla Polskiej załogi w historii rajdu. Jacek Miller i Maciej Orzechowski start w zeszłym roku również mogą zaliczyć do niezwykle udanych. Na mecie w Monte Carlo byli na doskonałej 15 pozycji. Dwie załogi Polskich Fiatów 125p również brały udział z zeszłorocznej imprezie. Sukcesy i zdobyte doświadczenie w 2018 roku napawały optymizmem. A jak było w tym roku na 22 Rallye Monte Carlo-Historique? O tym opowiedzą sami zawodnicy:



Stanisław Postawka / Andrzej Postawka - Zastava 1100 Specjal (21 miejsce)

 

fot. Vincent Lucciardi - Stanisław Postawka / Andrzej Postawka - Zastava 1100 Specjal

fot. Vincent Lucciardi - Stanisław Postawka / Andrzej Postawka - Zastava 1100 Specjal


Czekaliśmy od lat na zimę na Monte. I zdawało się, że znowu nic z tego, ale dzień przed startem do rajdu zaczął się na nizinach ulewny deszcz. W Ardeche zrobił się z tego śnieg w ilościach rzadko spotykanych nawet tam. I okazało się, że problemem nie jest sam opad śniegu, ale wichura. Tutaj nawet specjalistyczny sprzęt był bezradny, bo zaraz za pługiem wiatr w kilka minut robił metrowej wysokości zaspy. Odwołano łącznie cztery odcinki. Nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło. Ominął nas przez to ulubiony ZR6 z przejazdem przez Commune de Pailhares, nie było też okazji zmierzyć się z Col de Menee na ZR9. O poziomie trudności tej edycji niech świadczy fakt, że po pierwszych trzech odcinkach 120 załóg zgromadziło ponad 10000 punktów karnych. To był nokaut. Najlepsza załoga kobieca (Edelhoff/Binder) nie zmieściła sie w pierwszej setce na mecie. A nasze Panie walczyły naprawdę dzielnie, i pokonała je tylko awaria sprzętu. Fiat niektóre nawroty pokonywał na trzy razy, bo dwiema rękami nie dawało się pokonać oporu kierownicy. Samo dojechanie do mety to już był wyczyn szalony, a warto zobaczyć, ile załóg zostało przez Ewę i Anie pokonanych. Brawo!

 

A my mamy gigantyczną satysfakcję z tego, jak rajd się dla nas rozpoczął, Po raz pierwszy skończyliśmy odcinek z drugim czasem w klasyfikacji generalnej, i to ze sporą przewagą nad następnymi załogami. To wystarczyło, żeby do połowy rajdu utrzymać się na drugim miejscu! W parku maszyn w Monte Carlo nasza Zastava stała obok zwycięskiej R8 na ekspozycji przy samej rampie. Zeszły rok pokazał, że jeśli takim mało poważnym samochodem szturmuje się klasyfikację generalną, to wszystko musi zadziałać idealnie. W tym roku mieliśmy kumulację problemów, które nie ominęły nawet auta serwisowego. A od ZR7 zaczęły się przygody. Najwięcej kosztowało zgaśnięcie auta pod koniec stromego podjazdu po lodzie. Wina zaworków w pompie mechanicznej? Prawdopodobnie. Na starcie do ostatniego odcinka skończył się nawet rozrusznik. Ale na mecie byliśmy, z zupełnie przyzwoitym wynikiem. Tym razem nie na podium, ale to tylko z zewnątrz wydaje się takie proste do powtórzenia. Zamierzamy jeszcze spróbować... w końcu lepszego pilota nie ma żadna załoga!

 

Polska ekipa w tym roku miała tylko cztery załogi, ale trzy z nich odwiedziły pierwszą dziesiątkę klasyfikacji generalnej. To robi wrażenie. Widać z tego, że ciężkie warunki są dla nas ogromną szansą. Jest z czego być dumnym.



Piotr Cisowski / Natalia Cisowska - Polski Fiat 125p (46 miejsce)

 

fot. Z archiwum załogi - Piotr Cisowski / Natalia Cisowska - Polski Fiat 125p

fot. Z archiwum załogi - Piotr Cisowski / Natalia Cisowska - Polski Fiat 125p


Doświadczenia z zeszłorocznego startu poskutkowały. Po ZR 1 zajęliśmy miejsce w pierwszej trzydziestce. Potem było już tylko lepiej. Zimowa aura zdecydowanie nam sprzyjała. Skutecznie niwelowała różnice między naszym Fiaciorem a rajdowymi potworami o kilkukrotnie większej mocy. Śnieżny ZR 3 umożliwił nam na awansowanie na 12. miejsce w klasyfikacji generalnej oraz 5. pośród załóg jadących ze średnią prędkością. Na tym samym odcinku Bruno Saby, jadący Renault 8 Gordini, uzyskał czas lepszy od naszego zaledwie o jedną sekundę. Niestety trzy kolejne odcinki zostały odwołane z powodu śnieżycy, co uniemożliwiło nam budowanie dalszej przewagi nad mocniejszymi samochodami. Kolejny dzień również okazał się dla nas szczęśliwy, pomimo blokowania nas na ZR 7 przez Porsche 911. Ten dzień zakończyliśmy na 6. pozycji w klasyfikacji generalnej. Niestety, następnego dnia nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Ustały opady śniegu, a dodatnie temperatury i pełne słońce doprowadziły do szybkiego zniknięcia lodu i śniegu z tras rajdu. Z taką samą prędkością jak topnienie śniegu, topniała nasza przewaga nad konkurentami. Po ZR 13 spadliśmy na 11. pozycję. Potem było już tylko gorzej. Na ZR 14 musieliśmy wyprzedzić ponad tuzin wolniej jadących załóg, co znacząco spowolniło nasz przejazd. Na ZR 15 mieliśmy jeszcze nadzieję na zminimalizowanie strat i jadąc cały czas w "zerach", niespodziewanie zostaliśmy zaatakowani przez samuraja.

 

Finalnie zakończyliśmy nasze zmagania na 45. pozycji ex aequo z Golfem GTI, czyli o 95 miejsc wyżej niż w zeszłym roku. Było wspaniale! Nie możemy już się doczekać przyszłorocznej edycji, która, jak zapowiedział organizator, ma się odbyć bez użycia urządzeń elektronicznych. Niezmiernie nas to cieszy, ponieważ wracamy do tradycji - tylko halda i stoper.

 


Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9 (17 miejsce)

 

fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

 

Tegoroczny Rajd Monte Carlo Historique był inny, niż to, do czego przywykliśmy podczas ostatnich dwóch edycji. Zmienne warunki atmosferyczne były tym, na co wszyscy czekaliśmy.


W tym roku wszystkie Polskie załogi startowały z Monaco. Już podczas Badania Technicznego wszyscy zmokliśmy, ale prawdziwy deszcz miał dopiero nadejść. Wieczorny start do zlotu gwiaździstego odbywał się w strugach ulewnego deszczu, którzy zalewał drogi, przeciekał przez uszczelki i powodował osunięcia skał. Już po kilkunastu kilometrach pierwsze ofiary pogody stanęły na poboczu – załoga Golfa uderzyła w skały wielkości skrzynki oranżady, które osunęły się na jezdnię pod wpływem opadów. Nas także nie ominęły skutki ulew – straciliśmy zalany wodą alternator, który na domiar złego uszkodził główny system pomiarowy (niezbędny do regularności). Alternator udało się wymienić (dzięki ogromnemu poświęceniu naszego serwisu), ale elektronika już do końca rajdu była unieruchomiona. Straciliśmy też cały czas na przejazd pomiędzy PKC-ami, ten zaplanowany na krótki sen spożytkowaliśmy na próby napraw, i teraz jedziemy non-stop. Załoga Postawka/Postawka także walczyła z przyrządami, zalany wodą czujnik nie pracował poprawnie. A przecież prawdziwe zmagania nawet się jeszcze nie rozpoczęły!


Załogi w strugach deszczu dotarły do Buis-les-Baronnies, gdzie zainstalowano nam GPS-y i wszyscy wyruszyliśmy wreszcie na odcinki prób regularnościowych. Ktoś rzucił zdanie: Jeżeli tu pada, to w górach będzie śnieg. I choć brzmiało to nieprawdopodobnie (od kilku tygodni w górach panowała pełna wiosna), to już wkrótce przekonaliśmy się, że słowa te były prorocze.


Pierwszy ZR to dla nas „poligon”. Jedziemy bez naszego głównego systemu pomiarowego, musimy więc wypracować nową metodę, która pozwoli nam wykorzystać to, co nam zostało. Od razu odbija się to na naszym wyniku. Jesteśmy trochę przybici, nie tak to sobie planowaliśmy. Ale „dopóki piłka w grze…” Łatwo się mówi, ciężej faktycznie nadal walczyć. Na ZR2 jest już lepiej. Docieramy do Valence, gdzie przeniesiono nas ze zwyczajowego Parc Ferme na Polach Maroswych, na miejski stadion. Protesty wstrząsają całą Francją i organizatorzy obawiali się o nasze bezpieczeństwo. Rano ruszamy na ZR3, a tam… śnieg! Coraz więcej śniegu! Nasze okolcowane opony (wszystkie Polskie załogi na szczęście dysponowały odpowiednimi oponami z kolcami) pozwalają nam na uzyskiwanie przyzwoitych rezultatów. Zaczynamy wierzyć, że „dopóki piłka w grze…”, wszak dla nas im gorzej, tym lepiej – nasz samochód jest stosunkowo słaby, a jedziemy w najwyższej prędkości, gdzie konkurujemy z samochodami 2-3 razy mocniejszymi. Na śniegu ta dysproporcja zanika, liczy się dobry kierowca i właściwie przygotowany opis trasy. I wtedy jak grom spada na nas informacja – ZR4 odwołany… Spadło tyle śniegu, że nawet pługi nie były w stanie dojechać do odcinka. „Kiblujemy” przed PKC-em, robimy drobne poprawki w samochodzie, przygotowujemy opony na popołudniowe odcinki. Na PKC-u bałagan, niektóre załogi nie są w stanie odjechać od stolika – nie mają odpowiednich opon – ale kibice pomagają, pchając ślizgające się samochody aż do głównej drogi. Dowiadujemy się, że pozostałe odcinki tego dnia także anulowano. Dla nas to wielka strata – jadąc po śniegu zawsze zdobywaliśmy przewagę, którą potem traciliśmy na suchym. Korzystając z dużej ilości czasu do kolejnego PKC-u jedziemy bez pośpiechu, bawiąc się na ośnieżonej trasie. Nagle samochód przestaje jechać… Stajemy, szybka diagnoza – urwana dźwignia linki gazu przy gaźnikach. Jakoś składamy to do kupy i dojeżdżamy do najbliższego miasteczka. Nasz serwis już tam jest i czeka gotowy. Burza mózgów, narzędzia w ruch – fabrykujemy nową dźwigienkę. Pomaga nam Niemiecka ekipa. Niestety, stal ukryta pod plastikiem prowadzącym linkę gaźnika jest tak twarda, że najlepsze wiertła nie dają jej rady. Zaczynamy od nowa, wymyślamy inny sposób. Udaje się! Montujemy gaźniki i pełnym ogniem lecimy do kolejnego PKC-u. Gdyby to się stało na odcinku ZR… lepiej nie myśleć. Tym razem się nam upiekło. W Valence na przegrupowaniu dostajemy numer 18 – co z oznacza, że od kolejnego dnia jedziemy jako 18 samochód rajdu.


fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

 

Wstajemy o świcie i ruszamy dalej. Wiemy, że czeka nas śnieg. Nie wiemy tylko, jak dużo. Po drodze dostajemy wiadomość, która rozwiewa nasze wątpliwości – brak dojazdu do ZR7, droga zablokowana 30 km od odcinka! Ale ponieważ to wiadomość nieoficjalna, to kontynuujemy jazdę po trasie wyznaczonej przez organizatora. Potem okazało się, że niektóre załogi otrzymawszy tę samą informację, postanowiły ominąć zator, który jednak w międzyczasie udrożniono! Tym samym zostały ukarane 10.000 punktów karnych za jazdę niezgodnie z itinererem. My zaś, w pięknym rajdowym kuligu, pokonaliśmy zasypaną śniegiem przełęcz z wysokimi na 2 metry zaspami i dotarliśmy na ZR7. Pokonaliśmy go zgodnie z oczekiwaniami, po drodze walcząc z „cywilem” blokującym przejazd, i podążyliśmy na ZR8. Śniegu było coraz mniej, dojazdówka długa, czasu dużo, więc zmieniliśmy opony ze śniegowych na asfaltowe (te zmiany robiliśmy kilkukrotnie). Nagle poczuliśmy, że samochód nie jedzie tak, jak powinien. Zablokowały się hamulce. Trzykrotnie zatrzymywaliśmy się, próbując usunąć usterkę. Gdy w końcu udało się nam ją usunąć, czasu mieliśmy już bardzo mało. Mogliśmy albo pojechać odcinek bez zmiany kół na adekwatne do ciężkich warunków zimowych, albo ryzykować spóźnienie na PKC. Niby po słabym ZR1 nie mieliśmy większych szans, ale „dopóki piłka w grze…” – zdecydowaliśmy się zaryzykować odcinek, ale nie poddawać rajdu olbrzymim spóźnieniem na PKC. Decyzja okazała się słuszna, nie straciliśmy wiele na wyborze opon, ale na PKC i tak spóźniliśmy się 10 minut… A tam dowiedzieliśmy się, że ZR9 odwołany. Ruszyliśmy w kierunku ZR10, po drodze obliczając karę, jaką otrzymamy za spóźnienie. Ale w miarę upływu czasu kara nie pojawiała się w wynikach. Ostatecznie okazało się, że kary za ten jeden PKC w Gare de Clelles zostały anulowane! Organizator uznał, że ponieważ wcześniejsze odcinki miały „Conditions exceptionnel” i ich prędkość była obniżona, to załogi mogły nie zdążyć na PKC – upiekło się nam tym razem.

Kolejnego dnia wyruszamy w stronę Monaco.


fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

 

Wstajemy o 4 rano, bo 5:15 musimy być przy samochodzie w Parc Ferme. Pierwszy odcinek tego dnia przebiega bez większych przygód. Na drugim, 2 kilometry przed metą, zrywa się pasek klinowy. Tracimy ładowanie, ale, co gorsza, ten pasek napędza także pompę wody. W kilka sekund wskazówka temperatury wyskakuje na czerwone pole, a Jacek jest zmuszony zgasić silnik. Na szczęście jest cały czas z górki, metę przekraczamy siłą rozpędu, resztkami inercji podjeżdżamy do góry pod „point-stop” (miejsce, w którym po każdym odcinku ZR odczytywany jest zapis naszego GPS-a) i już tam zostajemy. Spychamy samochód na bok i czekamy na nasz serwis. Chłopaki wkrótce nas dopadają i zmieniamy pasek. Trwa to „wieki”, ale w końcu ruszamy dalej. Pokonujemy ZR13 (jeden z naszych ulubionych, i bardzo szybkich odcinków) i podążamy do Monaco. Czasu nie mamy w nadmiarze, zużyliśmy go na naprawę alternatora. Dlatego przed PKC w La Turbie nie mamy czasu na solidny przegląd wozu, choć dopominają się go nasze gaźniki. Czyścimy filtry, jest lepiej, ale jak się później okaże nie całkiem dobrze. Podsumowanie wyników w tym momencie jest bardzo pokrzepiające. Po ZR 13 jesteśmy na 7 miejscu w klasyfikacji generalnej a pośród aut jadących z wysoką prędkością średnią jest przed nami jedynie załoga startująca Porshe 911 S.C. W naszej klasie, do 1300ccm, nikt z wysoką prędkością nie zmieścił się w pierwszej trzydziestce. Fantastyczna jazda naszych koleżanek i kolegów (11 miejsce teamu Cisowskich i 25 odrabiających straty, zablokowanych na Col d’Eacharasson, Staszka i Andrzeja Postawków) napawa dumą z postawy Polskich załóg. Na słowa uznania zasługują też Ewa i Ania dla których był to chyba najcięższy rajd Monte Carlo w dosłownym znaczeniu, gdyż jazda Fiatem 125p bez wspomagania po alpejskich serpentynach jest niesamowitym wyzwaniem. Docieramy szczęśliwie do portu w Monte Carlo, oddajemy kartę i przygotowujemy się do „nocy długich noży”.


fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

fot. Z archiwum załogi - Jacek Miller / Maciej Orzechowski - Fiat X1/9

 

Po krótkiej drzemce stawiamy się na starcie do odcinków finałowych. Co 30 sekund startuje kolejna załoga (w pozostałe dni startujemy co minutę). Długo zastanawiamy się nad wyborem opon. Decydujemy się zostać na świeżo założonym kolcu, mimo, że cała czołówka założyła slicki. Ale im bliżej odcinka, tym więcej ekip zmieniających slicki na kolce. Na starcie do ZR wiemy już, że trafiliśmy w dziesiątkę, kto nie ma kolca, albo ma zużyte kolce po całym rajdzie, dużo straci. Ruszamy i agresywnie atakujemy podjazdy i nawroty. Tu zawsze jest ciężko nadążyć, nawet na suchym, a na śniegu i lodzie to już bardziej walka o to, by jak najmniej stracić. I nagle, na jednym z podjazdów, gaźniki mówią „nie”… Auto niemal staje, ledwo pniemy się na jedynce. Tak mija kilkadziesiąt sekund, widzimy już światła rywala za nami, w końcu coś pomaga i samochód odzyskuje wigor. Ruszamy pełnym ogniem, ale mamy około 500m straty. To dystans nie do nadrobienia w warunkach zimowych. Dopadamy metę, wiemy, że dużo straciliśmy, powoli żegnamy się z marzeniami o TOP-10, choć nadal „piłka w grze”. Przed ZR15 zmianiamy opony na pełne lato. Decyzja znowu ze wszech miar trafiona. Jest praktycznie sucho, udaje się nam w miarę utrzymywać nasz czas, dopóki na 3 kilometry przed metą nie łapiemy kapcia na lewym przodzie. To nas spowalnia, ale nie zatrzymujemy się, opona Dmack jest „pancerna” zmieniamy koło dopiero po mecie. Definitywnie żegnamy się z TOP-10, choć do końca mieliśmy nadzieję na dobry wynik. Wiemy jednak, że w tych warunkach (suchy asfalt) Porsche, Startosy, czy Ascony zleją nas, jak chcą… Wracamy do Monaco, kończymy rajd i czekamy na pozostałe załogi. Wkrótce dołączają do nas rodziny Postawków i Cisowskich. Jesteśmy w komplecie, ale te ostatnie dwa ZR dały nam wszystkim w kość, wszyscy wypadliśmy poza TOP-10. Jak zwykle na drugi dzień trwa lizanie ran i pakowanie samochodów. Wiele załóg rozbitych, wozy poobijane. 80 załóg nie ukończyło rajdu (awarie i wypadki), na szczęście nikomu nic się nie stało, ucierpiało tylko żelazo i duma złogi. My mieliśmy sporo awarii (poza wymienionymi jeszcze problemy ze skrzynią biegów, 5 innych „kapci”, cieknący dach, niedziałające ogrzewanie itp…), dużą uwagę poświęciliśmy też oponom – z 26 sztuk, jakie mieliśmy ze sobą, użyliśmy wszystkich! A wieczorem na gali potwierdza się wiadomość powtarzana w kuluarach - w przyszłym roku powrót.

Wyniki 22. Rallye Monte-Carlo Historique 2019


Dziękujemy Tomaszowi Ciecierzyńskiemu, który zaangażował się i przyczynił do powstania relacji Polskich zawodników z Rallye Monte Carlo Historique 2019.