Itinerer: KronikaRajdow.pl

Polska Lancia w Alpach!

Aktualności Tuesday, 09 June 2015 10:30
Polska Lancia w Alpach! fot. Ala Gnatowska

W ostatni weekend maja Tomasz Szostak i Ala Gnatowska wystartowali w 4 Dolomiti Historic Revival 2015. Jedyna Polska załoga zdobywała Alpy rajdową Lancią Beta Rallye w barwach włoskich linii lotniczych Alitalia!


Ala Gnatowska przygotowała relację z 4 Dolomiti Historic Revival 29-30.05.2015


Zaczynamy podróż. Ja Olsztyn-Włochy (Agordo), kierowca, Tomasz Szostak- Warszawa-Włochy(Agordo). Przygodę rozpoczynamy od gigantycznego korka w stolicy naszego pięknego kraju. Godzina 18 a cała Warszawa stoi. O tej porze o której staliśmy w miejscu powinniśmy być już w drodze do Czech. Ale co zrobić. Dopakowywanie rzeczy przez Tomasza, szybkie sprawdzenie czy oby wszystko wzięliśmy. Kawałek drogi jednak mamy, głupio byłoby zapomnieć jakiejś dupereli i mieć zepsuty z tego powodu cały wyjazd. W końcu udało się -zebraliśmy się do kupy wszyscy razem i ruszamy: 21:00 na zegarku a my dopiero wyjeżdżamy z Wawy. Czeka nas długa droga. Ale najważniejsze, że humor dopisuje. Jest wesoło i to bardzo. O to przecież chodzi. Droga Warszawa - Ołomuniec mija bardzo szybko. Pogaduszki z Tomaszem, śmiechy nie opuszczają nas przez całą podróż. Pogoda zmienna. Co jakiś czas wpadamy w strefy deszczowe i leje jak z cebra, druga połowa drogi sucha. Środa, trzecia w nocy wreszcie dotarliśmy do hotelu w Czechach, szybka kima, naładowanie baterii i lecimy dalej. Przed nami jeszcze około 900 km. Ale w takim towarzystwie to nawet na koniec świata.


Zaczynając pisać tę relację jesteśmy przed przejściem granicznym z Austrią. Swojskie klimaty udzielają się. To nie Chanel numer pięć! Teksty Tomasza rozkładają mnie na łopatki. Policzki bolą od śmiechu, ale trzymam. Jedziemy dalej. Zapomniałam wspomnieć - jedziemy zwartą ekipą trzy osobową. Tak jak w matematyce, kąt-bok-kąt, tak jest i u nas Tomasz-Ala-Tomasz. Mamy jeszcze ze sobą drugiego Tomasza, towarzysza podróży.  Nie może być nudno. Powoli, coraz bliżej mamy przed sobą kolejną granicę. Piękne widoki i przejaśniające się niebo wróży dobrą pogodę. Z taką nadzieją oczywiście jedziemy, chociaż na wszelki wypadek kalosze wzięte. Ale przyznam się Wam, ze nie chcę (NIE CHCĘ!) wyciągać ich z torby. Zamek w Mikulovie, oto właśnie przed naszymi oczami objawił się przepiękny zamek. To oznacza, że już jednym palcem prawej nogi, jesteśmy na granicy. Ostatnie tankowanie po czeskiej stronie i lecimy dalej. Jedziemy, droga prosta, co jakiś czas tylko jakiś zakręt w prawo, lewo. Uda nam się kogoś wyprzedzić, cały czas jedziemy. Przed nami zaczynają ukazywać się Alpy. Żyć, nie umierać. Przed nami jeszcze 600 km. I właśnie w tym momencie rozmawiamy o historii i bitwie. Trudno jest współczesnemu człowiekowi wyobrazić sobie, że na polach które właśnie mijamy, rozlegające się jeszcze dalej niż oczy poniosą nie tak dawno rozgrywały się bitwy. Ludzie walczyli o dobro swojego narodu narażając na to swoje zdrowie, a przede wszystkim życie.  Mijamy tablicę informacyjną, Linz 140km. Jeszcze kawałek. Pogoda zmienna jak dziewczyny. Pora i czas na obiad, trochę większy posiłek niż o 8 w Czechach. Przerwa w drodze to też dobry czas na załatwienie interesów. Tomasz, który jedzie z nami pracuje w branży warzyw i owoców i miał biznesowe spotkanie.(mowa była o rzodkiewkach). Jechaliśmy przez Niemcy, ale tylko kawałek i pisząc to wjeżdżamy z powrotem do Austrii. Przed nami ostatnie 300km do mety najdłuższego jak do tej pory rajdu a raczej dojazdówki na rajd. Jedziemy swoim tempem. Nikt nas przecież nie goni, dzieci nie płaczą, ale chce się już ułożyć głowę w poduszkę i przespać maksymalnie dużo, aby jutro wyglądać jak człowiek, a nie jak jego wrak. Najbardziej ciekawi jesteśmy pogody. Dobrzy byłoby, gdyby jednak nie padał deszcz, ani inne dziwne zjawiska atmosferyczne. Właśnie niebo się przejaśnia, nawet lekkie promienie słoneczne wychylają się zza chmury i tablica informacyjna, Burner 88km. Oczywiście wszystko co tylko się da fotografuję i fotorelacja będzie dołączona to relacji. Oto właśnie przed naszymi oczami ukazują się coraz ładniejsze widoki ośnieżonych pięknych Alp (po co ja te bikini brałam?!). Góry, góry tu wszędzie dookoła są góry. Widoki-wow! Zapierają dech w piersi, albo piersiach, zależy kto co ma. Powoli zbliżamy się do Innsbruck - coraz bliżej celu. Chodź ja tego nie widzę. Mimo, iż na tej nawigacji, która nam towarzyszy tych kilometrów ciągle ubywa, ale ta droga ciągle jest, jest i jest. Chciałaby, żeby w końcu się skończyła. W końcu! Po bardzo długiej i męczącej podróży dotarliśmy do celu naszej podróży. Jesteśmy już w hotelu-zameldowani, szczęśliwi, że w końcu można rozprostować porządnie kości i zjeść coś extra. Oczywiście najważniejsze jest wino! Dużo tutejszego wina.


Następny dzień, nowe przeżycia, wspaniałe przygody. Budzi nas słońce, które ukradkiem wpada przez szybę. Piękna pogoda się szykuje. Zbieramy się na śniadanie, włoskie śniadanie. Oczywiście podstawa espresso, słodkie ciastka i sałatka ze świeżych, pysznych owoców. Nie zauważyłam, że ta mieszkanka owoców miała w sobie kiwi, a ja na kiwi uczulona i zaczęły się rewolucje żołądkowe, na szczęście szybko minęły. Zebraliśmy się dość żwawo i ruszyliśmy z bananem na twarzy po rzeczy potrzebne na zapoznanie z trasą. Udaliśmy się w kierunku Agordo, bo to tam właśnie mieści się cała baza imprezy (z rynku jutro będziemy startować). Agordo to niewielkie miasto, gdzie chwile pobłądziliśmy w poszukiwaniu biura imprezy (albo coś na kształt tego). Co pytaliśmy się tubylców o ulicę, to każdy wskazywał coś innego i gdzie indziej. Po krótkim czasie odnaleźliśmy się, odebraliśmy książkę drogową i w drogę.  


Road book - idealna - najlepsza jaką kiedykolwiek widziałam. Wszystko ładnie, czytelnie opisane. Nie ma żadnej muki, zdekoncentrowania i zagubienia w najmniej oczekiwanym momencie. Z wielką przyjemnością pojechaliśmy na trasy, spacerowym tempem, podziwiając krajobrazy i to co dzieje się wkoło nas. Przepięknie! Zapiera dech w piersiach i odbiera mowę. Wszystko dzieje się w małych wioskach. Przejazdy odbywają się w normalnych miejscowościach. Teraz, aż do czerwca we Włoszech mamy martwy okres. Większa część hoteli, sklepów i innych ciekawych spraw, jest po prostu pozamykane. Wczoraj po zapoznaniu wybraliśmy się na mały shopping, ale niestety… większości przypadków pocałowaliśmy klamki i mogliśmy tylko nacieszyć oko oglądając wystawy sklepowe.

Na nasze szczęście znaleźliśmy mały sklep z pamiątkami, gdzie obkupiliśmy się po pachy.
Pewni wrażeń i naładowani pozytywną, górską energią na wieczór zjechaliśmy do hotelu, gdzie zjedliśmy pyszne ravioli i klasyczny czysty rosół. A propos jak się dowiedzieliśmy - restauracja, która jest razem z hotelem w roku 2014 otrzymała gwiazdkę Michalina. Także nie ma ziewania. Jedzenie- niebo w gębie. Jakby było mało, po całej kolacji poszliśmy na przepyszne wino bianco do zaprzyjaźnionej już małej knajpki. Czas tu leci nieubłaganie szybko. Nie obejrzeliśmy się a już 12 na zegarku. Pora na zimny prysznic, ostudzenie emocji po emocjonującym dniu i zebranie sił na piątek.


Wstali, lekko zdewastowani po dniu poprzednim, ale warto. Zimny prysznic, aby zacząć funkcjonować. Pyszne śniadanie, oczywiście we Włoskim stylu, espresso. To może uratować nam  życie. Auto ściągnięte z lawety, pięknie wyczyszczone. W końcu trzeba się godnie reprezentować. O nie! To są bardzo poważne rzeczy i trzeba to wszystko brać na poważnie. Dobrze, że usiadłam w fotelu i mogliśmy jeszcze sobie na spokojnie poustawiać pasy.

Wszystko OK, ruszamy na badanie kontrolne, a wcześniej OA i sprawdzenie wszystkich dokumentów, licencji, papierów. Wszystko poszło gładko i przyjemnie. Dziękujemy bardzo pani, która jako jedna z niewielu śmiało używała języka angielskiego co pomogło nam bardzo. Badanie kontrolne, również przeszło bez większych zastrzeżeń. Dzięki temu, że auto posiada homologację FIA, to tylko numer VIN czy się zgadza i ogólne oględziny auta i wyposażenie bezpieczeństwa załogi.


Jako, że na piątek to było na tyle, zebraliśmy się i pojechaliśmy relaksować się i chłonąć wszystko co włoskie. Ile się da i jak się da. Pojeździliśmy trochę po wioskach, popróbowaliśmy włoskich przysmaków no i oczywiście wino: w każdej ilości i pod każdą postacią. Piątek upłyną nam pod zebraniem sił przed sobotą, czyli głównym dniem rajdu. I tak właśnie było.


Na śniadanie zeszliśmy już w kombinezonach, dwa wdechy, trzy przysiady i pojechaliśmy na start. 8:22 - jedyna polska załoga Szostak/Gnatowska melduje się na pierwszym PKC’u. Uroczysty przejazd przez rampę startową i zaczynamy przygodę. Wszystko idzie super. Dojeżdżamy do pierwszego odcinka specjalnego. Tomasz po raz kolejny powtarza mi słowa, które pierwszy raz powiedział w drodze na rajd. „Jesteśmy tu dla frajdy i zabawy, obyśmy tylko znaleźli się na mecie.” Z takim właśnie nastawieniem ruszamy na pierwszym odcinku. Pełne skupienie i kontrolowanie średniej prędkości aby wszystko było tak, jak organizator sobie życzy. Ale gdzieś w połowie odcinka dochodzi nas jedna załoga, zaraz druga. Grzecznie odpuszczamy, ustępujemy miejsca, jedziemy swoim tempem i wyznaczonymi przez organizatora prędkościami.


Jest - meta pierwszego odcinka. Do Tomka podchodzi kierowca z załogi za nami i pyta czy wszystko dobrze z autem? Yyyy- a dlaczego ma być nie w porządku? Bo tak wolno jechaliście. I tu zapaliła się zielona lampka w głowie. Walić średnie prędkości. Jedziemy tu dla zabawy, czyli zapierdzielamy ile fabryka dała. I tak właśnie było. Cisnęliśmy ile tylko dało radę na tych fantastycznych odcinkach. Dziewięć odcinków specjalnych, które szły przez normalne miejscowości. Mnóstwo kibiców, dopingujących nas i pozostałe załogi. Dojeżdżając do mety lotnej czekaliśmy na wjechanie w swoim czasie. To było dla mnie bardzo zabawne. W normalnych rajdach na lotną ciśnie się jak najszybciej a my czekamy, aby w odpowiednim czasie przeciąć listwę zakończenia mierzenia nam czasu.

Dojazdówki piękne, zresztą wszystko w tym rajdzie było piękne. Te widoki, ach… aż chce się tam wracać. Wszystkie odcinki poszły nam gładko, doping kibiców, tylko spowodował, że bawiliśmy się na odcinkach świetnie.


Chwilę grozy przeżyliśmy na starcie do ostatniego odcinka specjalnego. Spod maski zaczął wydobywać się biały dym, a temperatura wody w chłodnicy zaczęła powoli rosnąć. Teraz moja rola była ważniejsza niż do tej pory. Halda, stoper, temperatura i notatki. Moja głowa latała tylko, wszystko musiało być pod kontrolą. Nie patrząc już na czasy, szybko wjechaliśmy na metę odcinka, wyskok z samochodu i sprawdzenie co się pod maską dzieje. Dolewanie wody, wszystkie załogi, które przyjeżdżały na metę za nami dawały nam butelki z wodą, abyśmy mogli uzupełnić wodę w chłodnicy. Dolewaliśmy ile tylko mieliśmy, ale skądś ona uciekała. Ile mieliśmy, tylko wlaliśmy i oby tylko dojechać do mety. Byliśmy w czarnej dupie, nigdzie nie było sklepu, abym mogła podlecieć i po prostu kupić butelki wody ile się dało.

Szybko pojechaliśmy w stronę Agordo na metę rajdu. Na szczęście temperatura zaczęła spadać, ale szybko pobiegłam po duże ilości wody do najbliższej knajpy. Dolewamy, dolewamy, a ta woda dalej ucieka i temperatura rośnie. Obręcze na wylocie z chłodnicy puszczały i stamtąd uciekała woda. Na szczęście w pobliżu był nasz niezawodny Tomasz, zacisnęliśmy odprowadzenie taśmą, aby tylko dojechać do hotelu, tam auto na lawetę i tyle. I tak właśnie zrobiliśmy. Zebraliśmy się z centrum Agordo i pojechaliśmy do hotelu. Z chłodnicą było już wszystko OK. Po powrocie do domu, Tomasz zamówi nowe zaciski i będzie wszystko git.


Szybki prysznic, chwila oddechu i pojechaliśmy na rozdanie nagród. Chcieliśmy się pokazać a nie nie przyjść. Mogliby pomyśleć, że strusie z nas, schowaliśmy głowę w piasek. Zdjęcie z komandorem imprezy musiało być. Wszyscy bardzo zadowoleni. Dzięki nam i jednej załodze z Czech impreza nabrała zabarwienia międzynarodowego.

Pojechaliśmy tam „sprawdzić teren”- traktowaliśmy to jako bardzo dobrą zabawą. Cel, który temu przyświecał to tylko znaleźć się na mecie. Wspólnie z Tomaszem tego dokonaliśmy.
Strasznie się cieszę, że mogę to powiedzieć, Polska załoga Szostak/Gnatowska zakończyła swój start na mecie.


Chcemy na najbliższą imprezę zebrać kilka załóg z Polski i pojechać dużą zgraną ekipą. Tam po prostu chce się wracać, dlatego jeśli tylko to będzie możliwe - wracamy. Niedziela, trudny dzień przed nami, najtrudniejszy z tego całego wyjazdu- powrót do domu. Przed nami 1300km, które ciągną się niemiłosiernie wolno. Wracaliśmy już sami, towarzysz Tomasz wyjechał w sobotę wieczorem. Także powoli, nic nas nie goni jedziemy ku ojczyźnie.

Dzięki spędzonemu wspólnie czasu odkryliśmy z Tomkiem swój talent muzyczny, tworzymy świetny duet wokalny. Poniedziałek - pierwszy dzień czerwca-dzień dziecka, godzina trzecia w nocy docieramy do Warszawy. Naładowani pozytywną energią… do następnego…
CDN… :)


4 Dolomiti Historic Revival 29-30.05.2015 - fot. Ala Gnatowska